niedziela, 11 października 2020

Udało się

 

A jednak udało się spełnić coroczne postanowienie. Byłem u Balbiny w Helu. W zeszłym tygodniu pogoda skutecznie przepędziła deszczem i wiatrem z trasy do założonego celu, a dzisiaj słoneczko stanęło na wysokości zadania. I owszem słoneczko tak, ale temperatura jakby nieco w tyle została. I teraz jest dylemat, czy lepiej w deszczu i wietrze, czy w słońcu, ale przy +5 stopniach.
Wiem, malkontentem jestem, bo przecież mogło padać, wiać i być +5 ale bez słoneczka :). Na trasie jakże miłe zaskoczenie - pomiędzy Juratą, a Helem praktycznie na całej długości jest nowy dywanik asfaltowy. Dosłownie dywanik. Taka gładkość nawierzchni, to żywioł dla mojej Shadow'ki i przy okazji odpoczynek dla mojego kręgosłupa. Takiej frajdy dawno nie miałem w jeździe po winklach. To nic, że łapki zgrabiały, ale banan na twarzy od ucha do ucha. Nawet nie redukowałem z piątego biegu. Przyczepność jak marzenie, ważne tylko żeby podnóżkami za bardzo nie szurać po jezdni. Hel, jak Hel. Każdy widział. Z trzech stron morze, a z czwartej komary. Latem wszystko razem zadeptane przez turystów. Dzisiaj pusto, sennie. Nie pojechałem tym razem na sam kocic cypla, ale zakręciłem do Portu Marynarki Wojennej. W sumie zachęcił otwarty szlaban na drodze i zdewastowana wartownia (?) - żywego ducha. Ot takie sielskie, nadmorskie widoczki.

Wracając przystanąłem na chwile w Jastarni. Port, a właściwie to już teraz chyba można mówić marina bo jachtów znacząco więcej jak kutrów. Ma swój klimacik i ten niepowtarzalny zapach. Ryba, mokre liny, ropa ... taki pamięciowy remake dawnych dni jak cumowaliśmy w tym miejscu. Dokładnie w tym miejscu.


Moja droga gdy jechałem do Helu praktycznie z minimalnym ruchem samochodów .... około 12:00 ja wracałem, a "oni" jechali do Helu ... w wielu miejscach jeden za drugim. Większość obcych rejestracji - jak widać taka mała przedłużka sezonu. Niestety, mój tegoroczny sezon motocyklowy chyba nieodwołanie dobiegł końca.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza